Archive for the ‘SAVOIR-VTVRE bez tajemnic’ Category

Niedogodne pytania

Jak się ustrzec przed niedogodnymi pytaniami? Może posłużyć się żartem, bo wtedy rozmówcy niełatwo drążyć temat. A może w ostateczności zastosować „metodę Lecha Wałęsy”, czyli odpowia­dać niezupełnie na temat. Jest to irytujące, przedstawia bowiem mó­wiącego w nie najlepszym świetle, ale bardzo skuteczne rozmówcy przechodzi ochota na dalsze pytania. A może pamiętacie angielski film z Peterem Sellersem w roli nie rozgarniętego ogrodnika, który nagle awansuje, dochodząc do stano­wiska doradcy prezydenta, dzięki temu wyłącznie, że wygłasza bana­ły o wzroście kwiatów. To właśnie coś takiego wszyscy traktują te wypowiedzi jak ukryte aluzje polityczne! Na pytanie o kandydata na prezydenta ogrodnik odpowiada: „Zmiany następują ciągle, zoba­czymy”, a na pytanie, dlaczego nie aresztowano grupy oszustów, mówi: „Nie czas o tym dzisiaj wyrokować…” Komu takie odpowie­dzi wydają się trudne, może się zawsze zachwycać smakiem sałat­ki z ananasów, sposobem umeblowania salonu (nawet jeśli ma on 12 metrów kwadratowych), a w ostateczności stanem naszej gospo­darki.

Rozmowa

W efekcie rozmowa zamiast dać przyjem­ność, zamienia się w jałową obronę swojej profesji. Atakowanego to najzwyczajniej nie interesuje, argumenty słyszał już sto razy. Wszystko warto mieć w pamięci, zanim postawimy nawet pozornie banalne pytanie.Wracając do naszej studentki trudno ocenić, czy były powody aż do oziębienia atmosfery? W każdym razie z pytaniami o osobistym charakterze trzeba bardzo uważać, stawiać co najwyżej takie, które uzasadnione są przebiegiem rozmowy. Zręczni rozmówcy, którzy chcą wyciągnąć coś ważnego, najpierw naprowadzają konwersację w odpowiednim kierunku, a pytany nawet nie zauważy, że się wyga­dał. A nawet… że został zapytany. Będzie wściekły na siebie, ale do­piero na schodach. Wracając do domu, pomyśli, że wypaplał niepo­trzebnie tyle rzeczy… Młoda znajoma umiejętności ukrycia istotnego zamiaru jeszcze się nie dorobiła.

Oficjalne przyjęcia

Zresz­tą, jest ogólna zasada, często zapominana: to nie my, ale gospodarze rządzą w swoich czterech ścianach. Oni dają sygnały, co i kiedy. Wol­no im nawet, w skrajnych przypadkach, wstać od stołu, co może być dla wszystkich sygnałem do wyjścia. Nie mogę sobie odmówić przytoczenia opowieści, którą wyczyta­łem w niemieckim podręczniku dobrych manier. Otóż jeśli ktoś na przyjęciu jest wyraźnie pijany, „należy natychmiast wstać i wyjść”. Przyznam, że mi się ten postulat podoba, nawet jeśli brzmi nierealnie. Myślę nie tylko o Polsce! W Niemczech także nigdy nie natrafiłem na taką demonstrację, choć na nietrzeźwych trafiałem, i owszem…Na oficjalnych przyjęciach (jak te w ambasadach) podaje się czę­sto nie tylko godzinę rozpoczęcia, ale i zakończenia spotkania. Nale­ży tego dokładnie przestrzegać, nie oczekując na jednoznaczne sy­gnały obsługi. Kto przyjedzie za wcześnie, ten stoi przed drzwiami sali, nawet jeśli jest ambasadorem (ściśle mówiąc, siedzi w samocho­dzie albo jeździ nim w kółko po sąsiednich ulicach).

Kandydat na literata

Od tego czasu kandydat na literata podchodził już regularnie i ga­wędził na różne tematy, bystro się rozglądając, czy idzie ktoś inny, też ważny. Ten poprzednio „pozyskany” aż kipiał ze złości, ale komu by się chciało jeszcze wszczynać kłótnię? Jeżeli go grzecznie pytają?…Wniosek z tej anegdotki (oby nie znalazła naśladowców) jest ta­ki: jeśli myślimy o kontynuowaniu nowej znajomości, musimy z wy­czuciem oceniać, czy spotka się to z dobrym przyjęciem. Myśleć o tym trzeba już wtedy, gdy siedzimy wprawdzie w wygodnym fotelu, jakoś nie chce się wstać i iść do domu a tu trzeba analizować: ma­ją nas już dość, czy nie? Chcą się z nami powtórnie spotkać czy nie? Tak więc, nie spoglądamy co chwilę na zegarek, ile czasu upłynę­ło (bywa, że wbrew starym zasadom na pierwszej wizycie siedzimy do północy), ale staramy się „przejrzeć’ intencje gospodarzy. 

Sztuka mówienia i sztuka milczenia

Kiedy już szczęśliwie przebrnęliśmy przez poznawanie nowych osób, przychodzi czas na następne spotkania. Dawniej wszystko było obwarowane rygorystycznymi przepisami: koniecznie trzeba było uważać, by zbyt wcześnie nie wyskoczyć z propozycją spotkania w lo­kalu, a szczególnie w domu. Pozostawiano inicjatywę (znowu!) oso­bom „ważniejszym”. Przestrzegano ograniczenia czasu pierwszej wi­zyty (o ile pamiętam z lektur, bo nie z praktyki życiowej, było to 40 minut), terminu zaproponowania rewizyty… Bardzo to było sztywne i szczególnie charakterystyczne dla drobnomieszczańskiego zamyka­nia się w swoim kółku, ale tworzyło swoistą barierę przed komplika­cjami, z których czasem trudno się wydobyć. Istniała też forma znana dziś tylko ze szkolnych lektur: chcąc się wykręcić, należało w sposób niezobowiązujący zakomunikować „przyj­mujemy we czwartki od godz. 16 do 17”. Czyli, chcesz to przyjdź, ale nie obiecuj sobie za wiele. Na razie, bo jeśli się okaże, że konkurent do ręki panienki ma odpowiednio wypełnion portfel, to wszystko zacznie inaczej wyglądać.

Promienne uśmiechy i pozdrowienia

Ale zastanówmy się: gdybyśmy obdarzali promiennymi uśmiecha­mi i pozdrowieniami wszystkich, z którymi nas życie zetknęło (i gdy­by nas pamięć nie zawodziła), pewnie objęłoby to całe miasto i parę sąsiednich. Zachowajmy więc umiar. Z drugiej strony to też prawda, że nigdy za dużo przejawów sympatii wobec otoczenia. Taka sympa­tia (oceniając rzecz cynicznie) jest jak kapitał, który procentuje. Ileż to razy ludzka życzliwość ułatwiła nam życie i to wcale nie muszą być jakieś kumoterskie układy. Już dawno społeczeństwa naj­wyżej zorganizowane odkryły tę prostą prawdę: uśmiech jest obowiąz­kiem, a słownik podstawowych uprzejmości wobec wszystkich trzeba opanować na każdym stanowisku. Nie tylko w recepcji hotelu i przy sprzedaży pietruszki. Ma to być sygnał, taki jak w dawnych wiekach, gdy podawano dłoń na znak, że nie ma w niej ukrytego noża. I uprzejmość jednak musi mieć swoją „grubą kreskę”, oddziela­jącą przeszłość od przyszłości. Moja recepta brzmi tak: kłaniamy się tym, z którymi nie tylko chcemy, ale i musimy (to też powód!) utrzy­mywać dalej kontakty. Ja robię wyjątek tylko dla pana Zenka. 

Jak długo należy utrzymywać znajomość

Pozostaje jeszcze taka wątpliwość: jak długo należy utrzymywać znajomość, a ściślej, jej zewnętrzny przejaw, jakim są ukłony i powierzchowne uprzejmości? Czy nazywać znajomościami kontakt z ekspedientką ze spożywczego, przeniesioną do innej dzielnicy, z  li­stonoszem, z pewną panią, którą poznałem na wywiadówce, bo weszła do złej klasy, czy z kolegą z firmy, wyrzuconym przed 20 laty…Są to trudne wybory. Kiedyś usłyszałem za sobą dramatyczne , okrzyki: „Panie Tadziu, panie Tadziu!”. Obejrzałem się, twarz nie wy­dała mi się znajoma. „To ja, Zenek odezwał się głos. Byłem roz nosicielem mleka tam u was, no, pamięta pan, w szklanych butel­kach!”. Omal nie rzuciliśmy się sobie na szyję i było to bardzo miłe. Gdzież te szklane butelki!

Opowieści

Wystarczy, jeśli będą opowia­dać o białych niedźwiedziach na Marszałkowskiej. Wszystko jasne? Niestety, nie. Bo co zrobić, jeśli odbywa się powi­tanie z solennym obcałowywaniem rączek? Nie przyłączyć się, to po­wiedzą: „demonstracja jakiegoś oryginała, zupełnie nie na miejscu”, będą i tacy, dla których takie zachowanie jest „niekulturalne”. Pochy­lamy się więc ku damskiej ręce głęboko i nawet nikt nie widzi, czy doszło do finału. Zresztą wiele pań, nieprzychylnych takiej niehigie­nicznej celebrze, chętnie współpracuje, uniemożliwiając cmokanie. Inaczej w kontaktach zawodowych i urzędowych żadnych pocałun­ków w rękę!

Dżentelme­n

Życzliwość gwarantowana, odbiorcy wiedzą, że mają do czynienia z dżentelme­nem. Także dzwoniący kończy rozmowę telefoniczną, gdyż nigdy nie wiadomo, od jakiej czynności oderwaliśmy rozmówcę. Pominąłem tu kłopot, z którym nie mogą sobie od dziesięcioleci po­radzić ludzie dbający o dobre maniery: całować panie w rękę przy powi­taniu, czy nie? A jeśli tak, to od ilu lat zaczyna się pani, a kończy dziew­czyna? A co na to obcokrajowcy, którzy reagują z wielkim zdziwieniem jak na swoistą sensację (rodacy sądzą, że to przejaw podziwu)? Moja odpowiedź jest krótka, chociaż pokrętna na ogól nie cało­wać! Żeby się jednak nie narazić, oto wykaz wyjątków: należy się ten gest szacownym paniom, starszym od całującego, a także takim, któ­re chce on wyraźnie usatysfakcjonować dowodem uznania. Osobom z zagranicy nie ma potrzeby robić takiej przyjemności, traktowanej często jako prowincjonalne dziwactwo. 

Bądźmy rozsądni

W ogóle bądźmy rozsądni i nie rozpowszechniajmy swoich opinii o ludziach, których wczoraj zobaczyliśmy po raz pierwszy. Przecież właściwie ich nie znamy! Odłóżmy opinię na później! A ileż to razy słyszymy, jak ktoś przypadkowo indagowany plecie, co mu ślina na język przyniesie… jaki jest ten pan Kowalski wczoraj poznany. Robi to wrażenie echa nawyków szkolnych, kiedy to dobrze było nie przy­znawać się do niewiedzy i coś tam bełkotać. A przecież to żaden wstyd powiedzieć, że nie mamy pojęcia, za­mieniliśmy tylko parę zdań. Wtedy jednak przestajemy być głównym aktoremNa zakończenie: obowiązek przedstawiania się dotyczy także roz­mowy przez telefon, za pomocą sekretarki automatycznej lub domo­fonu. Mówimy krótko: „Dzień dobry, tu Kowalski. Czy to mieszkanie państwa Malinowskich?”. Potem wyłuszczamy sprawę.

error: Content is protected !!