Archive for the ‘SAVOIR-VTVRE bez tajemnic’ Category

Rozpowszechniane obyczaje

Panuje obyczaj (nawet się rozpowszechnia) tytułowania nadanym kiedyś tytułem po odejściu ze stanowiska, aż do grobowej deski. Dotyczyło to kiedyś prezydenta, ambasadora, rektora i profesora a dziś także wiceministra, podpułkownika, zwanego oczywiście puł­kownikiem, czy emerytowanego redaktora. Tworzy się w ten sposób świat zbudowany z pozorów, ale te pozory też trzeba znać. To w koń­cu drobna ludzka słabostka zaludniać ojczyznę tuzinami premie­rów, mendlami ambasadorów i pułkami pułkowników. Aha! Już tylko dla porządku przypominam, że do odległej prze­szłości należy tytułowanie żon według zawodu mężów. W utrzymywaniu tytułu domyślać się można pewnej przyczyny „or­ganizacyjnej” wyobraźmy sobie moment uroczystego rozmieszcza­nia gości przy stole „tu proszę pana profesora, a tu panią Zofię” (czyli żonę profesora)… Dość niezręczne, prawda? Oczywiście nie do tego stopnia, by te archaiczne formy stosować!

Działalność zawodowa

Czasem zmuszeni jesteśmy sięgać po tytuły w działalności zawodo­wej po prostu aby utorować sobie drogę (tak jest np. w pracy dzienni­karskiej). Na sekretarki i ich prezesów dobrze działa powoływanie się na redakcję wtedy drzwi łatwiej się uchylają (choć bywa, że i przeciw­nie, bo jest okazja wziąć odwet za krytyczny artykuł). Powstaje jednak pytanie, czy samemu się… tytułować? Tak właśnie brzmiałaby forma sły­szana czasem przez telefon: „mówi redaktor Parciak z «Gazety Współ czesnej»”. Brzmi to pretensjonalnie, a przecież można powiedzieć np.: „mówi Jan Parciak, z redakcji «Gazety»”. Podobnie z innymi zawoda­mi można znaleźć formę bardziej neutralną. Jeśli pracownik NIK, wchodząc do sekretariatu powie: „Jestem Szperman, dyrektor departa­mentu dochodzeniowego”, to drzwi do prezesa otworzą się, ale tylko jeśli sekretarka nie zemdleje. Można delikatniej, a równie skutecznie.

Przypadkowa uraza

Wie­dzą, że w kręgu ludzi nieznajomych, o różnych doświadczeniach życiowych, zachowaniu, stylu bycia i nie znanych ogółowi poglądach łatwo kogoś urazić zupełnie przypadkowo. Trzeba postępować jak saper wkraczający na pole minowe. Zaczynamy więc od tej nieszczęs­nej pogody, a potem „się zobaczy”. Jeśli ktoś uważa, że łatwiej jest zacząć od polityki, sparzy się bo­leśnie. W pięć minut znajdzie się ktoś o odmiennych poglądach i od słowa do słowa… Byłem niedawno uczestnikiem (nie sposób się było odizolować) gorszącej, głupiej awantury na tle różnic politycznych między nowo poznanymi ludźmi. Gdyby się choć trochę znali, nie do­szłoby do niej. Byliby przygotowani na to, co może nastąpić. Są tacy, którzy myślą, że szczególnie miło jest poplotkować o swo­ich znajomych: ten taki, tamten owaki, ostatnio zrobił kolejne głup­stwo. Niech Was ręka boska chroni!

Uciążliwa „praca”

Uciążliwa „praca” po­legająca na ściskaniu wielu rąk w sposób znakomity ograniczana jest w wielu krajach wręcz do zera. U nas ta moda powoli rozpowszechnia się w środowiskach młodzieżowych. Tyle tylko, że żaden to argument, bo nastolatki kontestują wszelkie przepisy z przesadnym zapałem. Przyjęcia z kamerdynerami nie zdarzają się codziennie znacz­nie częstsze są „przyjątka” typu imieniny czy urodziny. Wyobraźmy sobie, że zasiedliśmy już w fotelach, prezentację mamy szczęśliwie za sobą, niektóre nazwiska zdążyły mimo wszystko wylecieć z głowy i teraz przychodzi czas na inteligentną konwersację. Najlepiej za­cząć od tematów z konieczności banalnych. Czemu „z konieczności ?” Przecież Anglicy wykpiwani są za nud­ne gadulstwo o pogodzie, a inni też miewają pogodę i niepogodę! Ale jednak to naród o takiej mądrości życiowej, że daj nam Boże! 

Zima, nieodpo­wiednia do ściskania dłoni

W zimie nosimy na ogół rękawiczki, więc jest to pora roku nieodpo­wiednia do ściskania dłoni znajomym. Cóż, rodacy lubią wdawać się w serdeczne dyskusje „ależ proszę nie zdejmować!”. Szkoda sobie język strzępić rękawiczkę do powitania raczej zdejmujemy, chyba że odbywa się ono w podskakującym na wybojach autobusie. Panie są z tego zwolnione, bo ich rękawiczki służą częściej ku ozdobie niż do ochrony przed zimnem. Co nie znaczy, że całujemy w rękawiczkę. Także nie podajemy ręki siedząc, co przede wszystkim dotyczy męż­czyzn. Panie mają łatwiej, szczególnie starsze. Zresztą jest i zasada ogólna gdy grupa osób zebranych jest większa (powiedzmy ponad 56 osób), rezygnujemy z podawania rąk, kłaniamy się uprzejmie, kie­rując się w stronę kogoś szczególnie szacownego.

Kamerdyner

Ka­merdyner w czerwonym fraku wyglądał efektowniej. Od tego czasu witam się już z każdym stojącym przy drzwiach w sposób może na­wet przesadny. A tak przy okazji: kiedy, witając się, nie podajemy ręki? Najcięż­szym przewinieniem jest podawanie ręki przez stół przecież stoi tam jedzenie. Możemy trafić ręką w sos, co byłoby przykre zarówno dla eleganckiej marynarki, jak i dla sosu, przeznaczonego do kon­sumpcji. Nawet jeśli nie ma sosu, to są kieliszki, które łatwo po­przewracać. Nawet jeśli nie ma kieliszków, to są (jak to w biurze) różne papiery, które łatwo pomieszać. Zresztą, po co ja to tłuma­czę!… Nie wolno i koniec. Obchodzimy stół dookoła, podajemy rękę, albo nie idziemy nigdzie, przesyłamy tylko odpowiedni do okazji uśmiech. Wystarczy.

Styl wypowiedzi

Wracając jednak do tytułów, jeśli się już przy przedstawianiu na nie decydujemy, to ważny jest styl wypowiedzi. Dobrze, jeśli z uśmie­chem, czyli dystansem, ale i bez pokpiwania (ktoś może to tak ode­brać). Ostrożnie, bez uszczypliwości! Także bez pośpiechu 90 pro­cent niezręcznych wpadek powstaje z nerwów chlapnie się jakieś słówko i obraza gotowa! Chociaż niespodziewana i niezamierzona. Na przyjęciach specjalnych gości przedstawia kamerdyner. Łączy się to dla mnie z pewną gafą, którą popełniłem na bankiecie w am­basadzie polskiej w Londynie. Nie znałem tej zasady, a tu nagle po­jawiła się przede mną na schodach (jak w Folies Bergere) ubrany na czerwono człowiek, w dodatku rudy, i o coś niewyraźnie wypytuje. Dopiero po chwili zorientowałem się, czego ode mnie chce. Podałem mu nazwisko i po chwili usłyszałem je wykrzyczane w stronę zbitego tłumu gości. Lekko ogłupiały zszedłem po schodach i… przegapiłem ambasadora z małżonką, choć witali gości, stojąc przy drzwiach.

 

Zdobyte tytuły

Co jeszcze pozostało z tytułów? Zwrot „panie majster”. Także, bardziej uniwersalny „panie szefie”. Przydatne są one przede wszystkim przy zajęciach typu usługoworzemieślniczego. Czy mają coś wspólnego z dobrym wychowaniem? Oczywiście! Jego zasady obowiązują nas także przy remoncie łazienki czy wymianie tarcz ha­mulcowych w samochodzie! Z rur cieknie, czeladnicy twierdzą, że „to się zassie”, aż wreszcie zjawia się najwyższy dozór. Cała sztuka polega na tym, by nikogo z ekipy nie urazić bez po­trzeby. „Pan szef” i tak zauważy fuszerkę, wystarczy go tylko bez zde­nerwowania naprowadzić. „Panowie” z brygady też wiedzą, co sfu szerowali. Najgorsza metoda: wchodzą pracownicy, a właściciel mieszkania zaraz zaczyna się zaprzyjaźniać, stawia wódeczkę, sadzi dowcipy. A potem przychodzi proza życia, przybysze czują, że zdobyte wtedy, tytu­łując przybysza „panem szefem”, podkreślamy jego rolę jako instan­cji odwoławczej.

Staroświeckie słowa

W czasach gdy rektor praktycznie przestał być magnificencją (z wyjątkiem szczególnie nudnych nasiadówek), biskup ekscelencją, a kardynał eminencją (wystarczy powiedzieć „księże kardynale”), brzmi to szczególnie staroświecko. Inne tytuły, szczególnie magistra, tak spowszedniały, że ten, kto by ich używał w kontaktach osobi­stych, ośmieszyłby się. A w kontaktach zawodowych? W zasadzie też, ale są jednak wyjątki gdy taki tytuł jest jakby stanowiskiem zawo­dowym (obserwowałem, jak w pewnym laboratorium tak tytułowano kierownika, bo on właśnie musiał być magistrem). Przy okazji co z wizytówkami na drzwiach mieszkań? Tak samo: unikamy tytułów, bo nie mają tu one żadnego zastosowania. Nieco inaczej z drukowanymi kopertami czy pieczątkami, które z reguły za­wierają różne tytuły ale też mają one różne przeznaczenie. Nie cze­piajmy się więc właściciela, że chce się chwalić tytułem.

Zasada kolejności w przedstawianiu się

Zapewne aby tego kłopotu uniknąć, wymyślono zasadę kolejno­ści w przedstawianiu (zresztą podobny układ hierarchiczny występu­je zwykle, gdy chodzi o okazanie szacunku, więc warto tę kolejność mieć w pamięci). A zatem: najpierw wymieniamy nazwisko osoby ni­żej postawionej w hierarchii (głównie zawodowej), tak samo traktu­jemy osobę młodszą wobec starszej. Mężczyzna w imię rycerskich obyczajów przedstawiany jest kobiecie, nowo przybyli tym, którzy już są wewnątrz, osoba pojedyncza parze (nie tylko małżeńskiej, jak dawniej). I w tych wypadkach wiąże się to z zasadą, że najpierw ma się dowiedzieć „ważniejszy”. Przedstawianie jest dość drętwym momentem spotkania, szcze­gólnie w mieszkaniu czy gabinecie, gdzie wszyscy, odświętnie ubrani, wyczekują przybycia „nowych”. 

error: Content is protected !!