Bezinteresowna pomoc

Jeśli ofiarodawcą jest ktoś bliski, to mó­wi się, że chciał prezentem bezinteresownie pomóc. Ale za pomocą kryształowej patery?! Są też okoliczności łagodzące. Sam fakt, że ktoś potrafi połączyć kosztowny prezent z jakąś okazją świąteczną, nawet jeśli będzie to Dzień Babci, świadczy, że szukał sposobu, by odbiorcy nie urazić. Bo przecież są i tacy, którzy słysząc o czyimś niedostatku, chwytają za portfel i zamiast patery bez żenady wręczają banknot. Wtedy ten drugi unosi się ambicją, odrzuca prezent (choć ma pustki w portfe­lu) i bardzo głośno przyrzeka, że już nigdy nie wspomni o swoich kło­potach czy niedostatku. Konflikt gotowy. Ofiarowywanie pieniędzy to delikatna operacja, nawet w bliskiej rodzinie. Przede wszystkim obowiązuje zasada taktyczna tylko bez demonstracyjnych gestów! Zachowujemy się, jakby chodziło o kupno precla (chociaż wczoraj przed snem długo rozważaliśmy, ile możemy dać, żeby nie za dużo). W drugą stronę przeholować też niedobrze, bo jeśli ktoś się okaże tak dobrym aktorem, że go uznają za milionera, może nie doczekać się podziękowania, a to też nieprzyjemna sytuacja.

Czy na pewno lepsze są prezen­ty drogie od prezentów tanich?

Najpierw warto sobie zadać pytanie: czy na pewno lepsze są prezen­ty drogie (jeśli nas na nie stać) od prezentów tanich? Odbiorcy powin­ni być z tych drogich szczególnie zadowoleni ale często niestety, nie są. Zdarza się, że uważają ów poważny wysiłek finansowy za coś w ro­dzaju jałmużny. Prezentu z jakiejś tradycyjnej okazji, imieninowej czy świątecznej, nie sposób nie przyjąć, ale taką „zapomogę”… Kłócą się więc i obrażają ludzie najczęściej w rodzinach, bo owe wystawne pre­zenty zwykle stamtąd pochodzą. Prezent zwyczajowo rodzi obowiązek rewanżu (albo przynajmniej powinność) a tu pieniędzy na to brak… „Zastaw się, a postaw się”, mawiali dawni Polacy, a i współcześni też tak myślą. Niestety, od myślenia pieniędzy nie przybywa.  Zanim więc ktoś wyda „trzynastkę” na kupno w prezencie krysz­tałowej patery do owoców (obdarowany będzie i tak nadal jadł śliw­ki z plastikowej torebki), powinien zastanowić się chwilę z jaką in­tencją chce ten prezent przekazać? Jeśli tylko postanowił popisać się zamożnością, to może boleśnie dostać po nosie.

Co w prezencie?

Otworzyłem słownik wyrazów obcych i co tam widzę? Nawet sło­wo „prezent” jest obce, zostało zapożyczone z francuskiego! Czyżby szacowni nasi przodkowie nie mieli zwyczaju obdarowywania się po­darkami? A przecież już w Gnieźnie, podczas spotkania Bolesława Chrobrego z Ottonem III bez nich się nie obeszło (włócznia świętego Maurycego), tylko nazwa była inna. Kłopoty z prezentami wciąż trwają. Wymyślono je po to, by sobie kogoś zjednać, ucieszyć, wynagrodzić, gdy tymczasem bywa zupełnie inaczej: prezenty stają się zarzewiem konfliktów. Jakbyśmy się poru­szali po polu minowym…Tak więc, po pierwsze: ostrożność nie zawadzi.

Pan kontuszowy

Ale przecież dotyczy to także Polski szlacheckiej. Kto to był pan kontuszowy, wiedział wtedy każdy, także kto karmazyn (szlachcic wysokiego rodu, z prawem do używania karmazynowego żupana). Konfederatkę na głowie nosili konfederaci barscy, a potem ci, którzy chcieli zademonstrować swoje patriotyczne poglądy. „Miał mundur województwa” czytamy w „Panu Tadeuszu,” gdzie znajdziemy do­kładne objaśnienie, jak taki strój wyglądał. Stąd przysłowia: „suknia człekiem czyni” (ma odpowiedniki w wielu językach europejskich), „jakie odzienie, takie uczczenie” itd. Tutaj warto zapytać, do jakiej kategorii, miły Czytelniku, można zaliczyć Ciebie na podstawie Twojego ubioru? Nie mogę ja na to py­tanie odpowiedzieć, trudno będzie i Tobie, bo sam siebie człowiek słabo widzi i ocenia. Ale próbować warto, bo inni zrobią to na pewno.

Granice ignorancji i bezczelności

Chciałem pouczenia zakończyć uwagami o ubiorach damskich, ale… lepiej z tego zrezygnować. Są granice ignorancji i bezczelności! Jak pisać o meteorze, który pędzi przez niebo tak szybko, że astro­nom nie może nadążyć z przesuwaniem lunety? Wybaczcie więc, dro­gie Panie, „pomocnikowi astronoma”. Przecież i tak niczego nowego byście się nie dowiedziały. Proponuję zatem jedną informację z hi­storii ubioru (dla zainteresowanych pewnie nienową). Oto przez całe epoki, stulecia, może tysiąclecia zwykły ubiór, „cy­wilny”, pełnił taką rolę, jak dziś mundury: wojskowe, strażackie, ko­lejowe. Pozwalał człowieka identyfikować. Po prostu już na pierwszy rzut oka widać było, czy mamy do czynienia z arystokratą, mieszcza­ninem, rolnikiem, kupcem. Że tak było w starożytnym Egipcie, w dawnym Rzymie (ubiory senatorów!), to nas nie dziwi. W tamtych czasach ludzie dziedziczyli wszystko zawód, warsztat, ziemię, przy­wiązanie do ziemi, pozycję społeczną.

W obraniu i nieco odświętnie

W końcu jednak pobyty zagraniczne na plażach to epizody, wróć­my więc do krajowej codzienności, może tej nieco bardziej odświęt­nej. Swego czasu skarżył mi się młody człowiek, świeżo po maturze, że męczyli ich w szkole poleceniami przystępowania do egzaminu w ciemnym garniturze i białej koszuli z krawatem. Dla kogoś przy­zwyczajonego do koszuli flanelowej rozpiętej pod szyją mogła to być tortura. Lepiej mają dziewczyny, bo przy tej mnogości ciuchów i stylów trudno ustalić, co jest wystarczająco uroczyste. Łatwiej powiedzieć, co jest niewskazane, a więc: zbyt krótkie mini, zbyt duże dekolty i ja­skrawe kolory. Konsekwencje tego mogą być groźne a nuż egzami­nator zapomni się do tego stopnia, że już w pierwszej minucie oceni negatywnie? Nasz absolwent (zresztą przebrnął przez maturę bez kłopotu) nie zdawał sobie sprawy z tego, że szczególny ubiór miał podnieść wagę chwili, tak ważnej w życiu. I nie tylko! Szło także o to, by młodym lu­dziom zapadło w pamięć, że określony ubiór w pewnych okoliczno­ściach jest obowiązkiem człowieka kulturalnego, przejawem znajo­mości „mowy gestów”. Bardzo skwapliwie zwraca się często w takiej sytuacji uwagę, że jest to dyskryminacja niezamożnych. Nie da się zaprzeczyć, że coś takiego istnieje. Nie wszyscy nauczyciele pozba­wieni są jednak rozsądku i wiedzą, kiedy należy przymknąć oczy na brak odpowiedniego garnituru. Niechby ten obowiązek dotyczył tyl­ko schludnego i zadbanego ubrania, a nie tego o wymaganych para­metrach.

Nie znamy dnia ani godzi­ny

Czy to znaczy, że należy wrzucić na siebie szorty i jakieś wdzianko (koniecznie z kieszenią na pieniądze), bo „nie znamy dnia ani godzi­ny”? Tak, ale to nie wystarczy! Zasadą bowiem jest tu popis elegancji, a także i demonstracyjnej oryginalności. Czemuż nie mielibyśmy wziąć udziału w tych lekko zwariowanych, a sympatycznych zawodach? Szcze­gólnie panie, przywiozły przecież walizkę ciuchów i od początku się gło­wią, gdzie je pokazać. W połączeniu z fryzurą, zamoczoną przed godzi­ną w słonej wodzie, może to dać efekt ponad wszelkie oczekiwania! Ważne, żebyśmy poczuli smak takiego miejsca, nauczyli się dosto­sowywać do jego wesołej atmosfery. Nie ma w niej nic ze sztywnej powagi, a zarazem jest umiar w demonstrowaniu zadowolenia o co nam tak trudno.

Swoboda ubioru

Ja wiem, że u podstawy wakacyjnych wyjazdów leży swoboda ubioru, zachowania, wyboru rozrywki. Z drugiej strony jednak nie zapominajmy, że zasada promenady narzuca pewien styl i należy się z tym liczyć. Kto nie chce, może iść na spacer do lasu. Promenada jest elegancką ulicą w pobliżu morza, gdzie przyjezdni chodzą wol­nym krokiem i przyglądają się sobie badawczo. Morza, czy jakichś tam Alp, właściwie mogłoby nie być. Takie ulice ciągną się kilometrami w nadmorskich kurortach (obowiązkowo równolegle do morza) we Włoszech, Hiszpanii czy Por­tugalii. Są to trasy na ogół z jednej strony zabudowane restauracja­mi i sklepami ze wszystkim, co można sprzedać. Tutaj Państwo zrozumieją sugestię do sklepu, a tym bardziej re­stauracji, nie wchodzimy nigdy w stroju kąpielowym. A zatem, to sa­mo musi obowiązywać i na całej promenadzie. Przecież wszyscy przychodzą tu późnym popołudniem, byli więc w hotelu i nie było problemu, żeby się przebrać.

Problemy ubraniowe

Problemy ubraniowe, wiadomo, łączą się z inwestycjami, czyli zwyczajnie, z wydatkami. Jak się przygotować „na po plaży” (jest ta­ki zwrot, na podobieństwo tego zakopiańskiego „na po nartach”), czyli, praktycznie, na promenadę? Robi się z tym spory zamęt w gło­wie: ma być koniecznie „elegancko”, czy mniej więcej jak na plażę? Niestety, nie mamy zbyt wiele doświadczenia w sprawie promenad krajowych, bo czym dysponujemy: molo w Sopocie, deptak w Kryni­cy, Krupówki… Warto by więc z tym „strojem promenadowym” zro­bić trochę porządku, byle bez przesady, bo wtedy stanie się tak jak z białymi adidasami czy „dżinsami w kolorze blue” będziemy wy­glądać jak wojsko w mundurach. Tak być nie musi. Dam Państwu przykład: męskie koszule. Nie­którzy panowie (na ogół tacy, którym wszystko jedno, co wkładają) w upalny dzień sięgają po koszulę białą ze sztywnym kołnierzykiem i wychodzą bez marynarki, za to w dzień chłodny pod marynarkę wkładają wdzianko w kolorowe kwiatki „bo to też koszula”. Podob­ne niechlujstwo obserwujemy też w noszeniu innych rodzajów gar­deroby (np. dżinsy z marynarką, którą zdaniem oszczędnego właści­ciela należy „dodzierać”).

Obiad w kąpielówkach

W poprzednim rozdziale uderzyłem w wielki dzwon (te fraki, ci dy­plomaci), więc nic dziwnego, że nie poruszyłem kilku spraw szczegóło­wych pod hasłem „ubiory”. Teraz jest na to czas, więc chcę powiedzieć parę zdań o zwyczajach dotyczących ubrania, zwłaszcza na wakacjach. Jeździmy już dzisiaj masowo za granicę coraz dalej i coraz czę­ściej. Obserwujemy przybyszów z różnych krajów i bywa, że zastana­wiamy się: czy należy ich naśladować, czy nosić się „po swojemu”? Padają niekiedy pytania elementarne: jak należy się ubrać, przecho­dząc z wielkiego hotelu wprost na plażę? Co włożyć, wchodząc do baru położonego tuż przy plaży? Uporządkujmy to. Wielu rodaków uważa, że jak nowoczesność i wakacyjny luz, to już wszystko dozwolone. Obcokrajowcy obserwują owe zachowania z widocznym zgorszeniem. Już nie chcę mówić o przejawach men­talności jaskiniowej, czego byłem świadkiem, patrząc jak pewien gość… mył nogi w basenie przyhotelowym.

error: Content is protected !!